Kiedy czyta się złe książki, czyli o serii All for the Game

Zacznę od wyznania. 

Uważam, że mam lepszy gust od większości osób jeśli chodzi o książki.

Wynika to z faktu że w wolnych chwilach pisze – książki, fanficki, co popadnie – i bardzo często (choć, po tytule posta możecie stwierdzić, że nie zawsze) nie czytam z wyłączonym mózgiem. Patrzę na styl, słowa, bohaterów, narracje. Jeśli książka mi się nie podoba jestem w stanie wysłać prawie 20 minutową wiadomość głosową dlaczego dany tytuł był źle napisany (dziękuję wszystkimi moim przyjaciołom za wysłuchiwanie moich tyrad). Jeśli książka mi się podoba również wysyłam 20 minutowe wiadomości głosowe, głównie o tym jak ja nigdy w życiu nie będę tak pisać i czy w ogóle nie powinnam rzucić tego w cholerę (również dziękuję za wysłuchanie tych wiadomości głosowych).

Kiedy patrzę na najlepiej sprzedające się książki marszczę nos i myślę, czemu ludzie nie mogą mieć lepszego gustu? Wprawdzie, jak mawia znane powiedzenie, o gustach się nie powinno dyskutować, ale większość ludzi i tak je ocenia. Sama czytam książki gatunkowe – fantastykę, romanse, rzadziej horror czy kryminały – i te bardziej popularne nie spełniły moich oczekiwań. Musiałam odłożyć w 20% audiobook Czwartego Skrzydła bo nie mogłam słuchać dalej; nie klęczę na ołtarzu Brandona Sandersona, stronie od autorów którzy wydają więcej, niż dwie książki rocznie. 

Jednak w styczniu tego roku zdarzyło się coś, co zaskoczyło mnie, mój gust i mój mózg. 

Przeczytałam złą serię i absolutnie przepadłam. 

Żeby wam powiedzieć, o co w tej serii chodzi, chcę żebyście wiedzieli, że nie postradałam zmysłów. Tak, naprawdę takie książki istnieją. Tak, w niektórych kręgach są bardzo popularne. 

Seria All for the Game składa się z 5 tomów: pierwsza trylogia (The Foxhole Court, The Raven King i The King’s Men) została wydana w self-pubie między latami 2013 a 2014, opowiada historię 18-letniego Neila Jostena. Niech was jego młody wiek nie zmyli, Neil przeżył nie jedno. Jego ojciec jest sławnym “Rzeźnikiem z Baltimore” (czyli mafiozem) i Neil wraz z matką uciekli od niego 10 lat temu, i od tej pory w każdym mieście oglądają się za siebie. Neil farbuje swoje rude włosy i ukrywa błękitne oczy za brązowymi soczewkami by wtopić się w tłum.

Pierwsza książka, The Foxhole Court, zaczyna się z wysokiego C: w pierwszym akapicie Neil pali papierosa nie dlatego, że jest uzależniony od nikotyny, ale dlatego że zapach kojarzy mu się z momentem, kiedy musiał spalić ciało swojej matki (!) w aucie, by potem zakopać jej wciąż ciepłe szczątki na plaży (!!). Matka Neila zmarła od rany zadanej przej jednego z ludzi Rzeźnika, i Neil, po raz pierwszy od 10 lat, jest zdany sam na siebie. 

Neilowi zostało wpojone w głowę jedno: aby przeżyć, musi się zmienić. Miejsce zamieszkania, imię i nazwisko, swoją całą tożsamość. Ale jest jedna rzecz, której porzucić nie może: miłości do wymyślonego przez Norę Sakavić sportu, Exy.

All for the Game to seria o, owszem, wymyślonym sporcie. Exy jest połączeniem lacrosse z brutalnością hokeja. Co to znaczy? A weźcie mnie nie pytajcie, czytałam całą serię (kilka razy) i nadal nie wiem o co w nim chodzi. Wiem, że został wymyślony około 70 lat temu przez Japończyka i Irlandkę i stał się na tyle popularny, że tak jak uniwersytecki futbol Amerykański ma swoją własną ligę, uniwersytety mają swoje stadiony i istnieje również liga profesjonalna. Gracze nakładają skomplikowane ochraniacze, gra się w Exy patykami z siatką i każdy gracz może maksymalnie zrobić 10 kroków z krążkiem.

Exy jest jedyną miłością Neila: to przez nie upadnie najniżej w swoim życiu i odkryje, że może jednak chcieć czegoś więcej niż uciekać dopóki nie zostanie złapany przez swojego ojca.

Pomyślicie: oj tam, nie jest źle. Co niby jest aż tak złego w tej serii?

Oprócz wspomnianego Rzeźnika z Baltimore mamy jeszcze: japońską mafię, uniwersytecką drużynę która funkcjonuje jak kult (16-godzinny dzień, nie mogą wybrać swojego kierunku, ani tego co ubierają, ani tego co jedzą, bo wszystko jest traktowane jak drugorzędność gdy istnieje Exy, są bici za najmniejsze błędy, zawodnicy znęcają się nad sobą psychicznie i fizycznie), wątpliwie opisane zaburzenia psychiczne bohaterów, wątpliwie opisane uzależnienia, wątpliwie opisane seksualności, wątpliwie opisane mechanizmy radzenia sobie z traumą. Wątpliwie opisani bohaterowie ogólnie. 

Cała ta trylogia jest wątpliwie napisana. Ale czy przeszkodziło to tysiącom czytelników? (seria została przetłumaczona na Rosyjski, Polski i Włoski) Absolutnie nie.

All for the Game to jak jazda bez trzymanki, kokaina w wersji książkowej. Żeby się nią sztachnąć, trzeba mieć podobny sposób myślenia co autorka, Nora Sakavic. Jak wyczytałam, pomysł wymyśliła jako nastolatka, i kiedy tak o tym myślę, ma to sens. Kto inny oprócz nastoletniej dziewczyny mógłby wpaść na pomysł o grupie nastolatków, którzy przeszli przez piekło, fizyczne i psychiczne, by na końcu stworzyć wspólnie dysfunkcyjną rodzinę? Bycie nastolatką to coś naprawdę krwiożerczego, jedzącego od wewnątrz, wypluwającego to, co najgorsze i najlepsze i nic pomiędzy. 

Ale żeby nie było tak źle: mamy jeszcze drugą trylogię. Opublikowana w 2023 The Sunshine Court rozpoczyna historię Jeremiego i Jean’a, bohaterów pobocznych z pierwszej trylogii. To od tej książki zaczęła się moja obsesja; zaczęłam ją czytać 31 grudnia i skończyłam 1 stycznia około pierwszej w nocy, by od razu zacząć drugą książkę – The Golden Raven – i skończyć ją również po północy 2 stycznia. Potem w niecały tydzień przeczytałam wszystkie 5 książek, i tak oto siedzę przez cały początek 2026 roku zastanawiając się, co się kurde dzieje.

Bo ja już kiedyś All for the Game czytałam. W 2020 przesłuchałam wszystkie 3 książki i nie zrozumiałam miłości, jaką widziałam na temat serii w internecie. Audiobooki były straszne, i nie mówię tego z miłością w sercu, bo niektóre postaci brzmiały jak gremliny które nigdy nie widziały światła dziennego. 

W styczniu 2026 przeczytałam 15 książek: All for the Game stanowiły 7 z nich (książki 4 i 5 czytałam dwa razy). Napisałam już o nich ponad tysiąc słów w tym poście, nie zliczę ile godzin opowiadałam o nich przyjaciołom. Spędziłam godziny zanurzając się w fandomie na tumblrze, a cała moja stycznia historia na ao3 to All for the Game.

Jednego ficka skończyłam już pisać, planuje jeszcze co najmniej dwa. 

***

Kiedy rozmawiam z ludźmi o All for the Game czasami słyszę pytanie, czy je polecam, skoro tak zawładnęły moim życiem? 

Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana.

Bo to nie są dobre książki. 4 i 5 są zdecydowanie lepiej napisane – 10 lat różnicy między pierwszą a drugą trylogią zrobiło swoje i Nora jest zdecydowanie lepszą pisarką – ale żeby w pełni je zrozumieć trzeba przeczytać książki 1-3. Mimo, że nie cierpię określenia “guilty pleasure” i sama w nie nie wierzę – czytam romanse, czyli gatunek który przez niektórych cały jest określany jako guilty pleasure, porno w formie tekstowej – jest ono najtrafniejsze. Z drugiej jednak strony im więcej o tym myślę, tym rzadziej odczuwam “winę”. Przeczytałam All for the Game kiedy tego potrzebowałam, gdy mój mózg wchłoną wszystko jak gąbka. 

Coraz częściej zastanawiam się, czy między mną a fankami romantasy czy osobami, które czytają tylko książki jednego autora, jest jakakolwiek różnica. Wszyscy szukamy tego samego: zagubienia się w historii. W końcu nawet jeśli czytam książki obiektywnie dobrze napisane – zwycięzców Hugo i Bookera, a nawet Nobla – to i tak książki, które zawładnęły moim życiem to średnio napisane historie o traumie z elementami romansu.

Może nie ma w tym nic złego? Może dwa wilki we mnie: jeden, który ma wielkie ego i czyta tylko ‘dobre’ książki i ten drugi, który czyta po to, bym nie musiała za bardzo myśleć, mogą ze sobą koegzystować? Oba są mną: zmęczoną po pracy, zmęczoną otaczającym mnie światem, zmęczoną ale z nadzieją na lepsze historie, lepsze życie. Może powinnam odpuścić ocenianie samej siebie tak długo, jak oba zwierzęta we mnie nie będą potrafiły się nawzajem zagryźć.

2 komentarze do “Kiedy czyta się złe książki, czyli o serii All for the Game”

  1. Powodzonka z tym projektem 🙂 będę tu zaglądać.

    Ja też mam takie zboczenie, że czytam książki tak złe, że zęby trzeszczą – lubię wszystko w sosie D&D like.

  2. Mam „podobnie” z grami – choć dziwnie mi to porównywać. Z jednej strony uwielbiam tytuły, które pochłoną mnie fabularnie, a imersja sprawi, że na te kilkadziesiąt godzin jestem zupełnie inną osobą w całkowicie innym świecie, przejmując się problemami, których nigdy wcześniej nie miałem. Z drugiej strony mam setki godzin w symulatorach ciężarówek, kosiarek do trawy czy smażenia naleśników. Bez fabuły, bez większego celu. Może po prostu każdy z tych elementów – niezależenie czy to książka, serial czy gra – pozwala spełnić jakieś inne zapotrzebowanie naszego mózgu by nie oszaleć.

    Trzymam kciukasy za bloga, choć nie będzie on zwalniać od rozmów! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *